Sekty z innego punktu widzenia

[PREPRINT]

Oryginał ukazał się w miesięczniku "W drodze" 5/2001

Czy na temat sekt można napisać jeszcze cokolwiek nowego? Wylano już wszak hektolitry atramentu głównie, choć nie tylko, w prasie katolickiej. Dziesiątki alarmujących ostrzeżeń, świadectw „ku zbudowaniu”, informacji przekształcającej się często w tanią apologetykę. Zachęcony ostatnim numerem znanego z szerokości perspektyw miesięcznika „W drodze”, podejmę próbę nieco innego spojrzenia. Naturalnie nie będzie to ujęcie całkowicie nowe (nie jest rzeczą człowieczą stwarzać rzeczy absolutnie nowe), ale w porównaniu z wspomnianymi wyżej podejściami do tematu mam nadzieję, że poniższe spojrzenie wyda się przynajmniej relatywnie nowe. Zaznaczam, że nie jestem członkiem żadnego ruchu religijnego, nie jestem przez żaden sponsorowany. Nie gwoli taniego efektu, ale gwoli obiektywizmu, podejmuję się rzeczy karkołomnej: zamierzam wystąpić w niewdzięcznej roli advocatus diaboli, zamierzam bronić sekt.

W tym celu sięgnę po narzędzia własnej dyscypliny – proponuję czytelnikowi spojrzeć na zjawisko sekt z punktu widzenia socjologii religii. Nie pojmuję socjologii religii jako wąsko empirycznej dziedziny ustalającej statystyki czyichś poglądów (a ściślej czyichś deklarowanych poglądów) na temat religii, choć i ta perspektywa zmusza do przyjęcia pewnego dystansu do zjawiska sekt. Przypomnijmy, że jeszcze w 97 roku 96% Polaków deklarowało swą przynależność do Kościoła katolickiego, co choć nie mówi nam wiele na temat tej przynależności, to pozwala wnioskować, że 96% Polaków nie należało do sekt. Pozostałe wyznania nie osiągnęły poziomu 1% (najliczniejsi byli Świadkowie Jehowy 0.6%). Wiadomo, że zarejestrowanych jest ponad 147 związków wyznaniowych, a rzeczywista liczba sekt jest prawdopodobnie przynajmniej dwukrotnie większa. Ile z nich pojawia się w prasowych alarmach? Czy ktoś mógłby wyliczyć więcej niż 20, góra 50? Wynika z tego dla nas pierwsze ostrzeżenie, aby oceniając interesujące nas zjawisko, nie zniekształcać sobie perspektywy nadmiernie skupiając się na jaskrawej patologii.

Czym jest sekta

Posługuję się terminem sekta, mimo iż wielu religioznawców i socjologów religii woli używać terminy typu „Nowe Ruchy Religijne” etc., aby nikogo nie urazić. Aby wykazać, że z owym kontrowersyjnym terminem nie wiążą się dla mnie żadne pejoratywne treści przystąpię do przedstawienia w sposób zwięzły znaczenia jakie klasyczna (Max Weber, Ernst Troeltsch) i neoklasyczna socjologia mu nadaje.

Otóż jedną z zasadniczych cech jakie, zdaniem Webera, odróżniają sektę od kościoła (a są to u niego pojęcia przeciwstawne) jest ich stosunek do świata. Naturalnie nie mówimy tutaj o konkretnych przypadkach historycznych, ale o pojęciach, „typach idealnych”, jak to określał Weber.

Generalnie możemy powiedzieć, że stosunek kościoła do świata jest akceptujący, wykazuje gotowość do kompromisu. Wynika to z tego, że stawia sobie za cel ogarnięcie swoim wpływem możliwie szerokich kręgów społecznych. Kościół pragnie posiadać w społeczeństwie wpływ i znaczenie, nie gardzi przy tym władzą. Za takie otwarte nastawienie musi jednak płacić osłabieniem skuteczności socjalizacji. Jego wpływ jest zatem bardziej ekstensywny niż intensywny. Po drugie, otwartość na „świat”, pragnienie przekształcania go pociąga za sobą osłabienie własnych ideałów kościoła.

Sekta przeciwnie, charakteryzuje się raczej negatywnym stosunkiem do świata. W zależności od konkretnych rozwiązań teologicznych sekty, może on być albo odrzucający, albo rezygnujący, negujący lub zwalczający. W każdym razie wyklucza możliwość kompromisu z „tym światem”, wszelki pomysł sojuszu ołtarza z tronem napawa sektę obrzydzeniem. Co więcej, członkom sekty wcale nie zależy na tym, aby wszyscy do niej wystąpili. Pomimo intensywnych nieraz działań apostolskich byliby poważnie zmartwieni, gdyby okazało się nagle, że stanowią większość danego narodu. We własnym bowiem przekonaniu sekta stanowi grono wybranych, a jak wiadomo, poza wybranymi muszą być także odrzuceni. Sekty obstają zatem przy wierności ideałom płacąc za to marginalizacją, stosunkowo niewielkim znaczeniem społecznym każdej pojedynczej sekty.

Spójrzmy jeszcze krótko na ten problem z punktu widzenia teorii systemów. Otóż każda organizacja religijna (choć nie tylko), z tytułu samego faktu, że jest organizacją, ma do rozwiązania dwa problemy: z jednej strony musi jakoś regulować stosunki z otoczeniem, z drugiej musi się troszczyć o zachowanie własnej tożsamości. W dziedzinie religii napięcie to przejawia się w stałym konflikcie między zbytnim konformizmem na rzecz otoczenia, który może prowadzić do utraty tożsamości, albo zbytnim rygoryzmem, którego skutkiem może być marginalizacja i pomniejszenie znaczenia grupy.

Tak więc sekta, to taka grupa religijna, która dąży do kultywowania tożsamości przez minimalizowanie kontaktów z otoczeniem. Wynika to z absolutyzacji własnego systemu wartości i własnego systemu-światopoglądu, co czyni ślepym na wartości i prawdy zawarte w przekonaniach innych. Kościół zaś to grupa dążąca do wpływu na otoczenie nawet kosztem własnej tożsamości. Są to naturalnie typy idealne, zaś realne grupy religijne muszą się usytuować gdzieś pomiędzy ekstremami. Na to, że zachowanie tożsamości bez kontaktów z otoczeniem z jednej strony, oraz totalne otwarcie bez trwania przy własnej tożsamości z drugiej, są niemożliwe wskazują niepowodzenia takich przedsięwzięć jak Jima Jonesa tragiczny eksperyment w gujańskiej dżungli oraz postulatu bezreligijnego, świeckiego chrześcijaństwa podnoszonego przez niektórych teologów protestanckich.

Nie jest to naturalne jedyna cecha różniąca sektę od kościoła, ale wydaje się kluczowa. Pozostałe z niej wynikają: na przykład większa otwartość kościoła sprawia, że dużo łatwiej zostać jego członkiem niż członkiem sekty (wystarczy się w nim urodzić). Aby zostać uznanym za pełnoprawnego członka sekty trzeba często przejść osobiste nawrócenie (lub jakąś inną formę inicjacji) pomijam już, że trzeba do sekty trafić, albo też zostać przez sektę znaleziony (co bynajmniej nie jest sprawą tak łatwą). Sekty stawiają zazwyczaj swoim członkom dużo wyższe wymagania etyczne, choć ich rozumienie tego, co etyczne może wydawać się nieco ekstrawaganckie (takim wymaganiem może być na przykład bezwzględne posłuszeństwo mistrzowi). Stąd trudniej jest także pozostawać w ruchach tego typu niż w kościele (właściwie w przypadku kościoła trudność sprawia jego opuszczenie: można całymi latami nie uczestniczyć w praktykach religijnych, wyznawać konglomerat herezji, a i tak proboszcz płaci za delikwenta daninę diecezjalną, a niezatarte znamię chrztu umożliwia temu ostatniemu pojawienie się w każdej chwili, „jak gdyby nigdy nic”, w parafii np. z dzieckiem do ochrzczenia). W ramach szeregowych wyznawców panuje w kościele raczej luźna dyscyplina, oczekuje się wypełnienia pewnego minimum „obowiązków”, a spowiedź lub inna, analogiczna praktyka, efektywnie łagodzą ciężar moralnych wymagań. Stosuje się naturalnie ekskomunikę, jednak podobnie jak inne środki wychowania religijnego zazwyczaj powściągliwie i łagodnie. Po okazaniu skruchy, każdy może powrócić na macierzyńskie łono matki-Kościoła.

Sekty osiągają w związku z tym dużo lepsze rezultaty jeśli chodzi o wychowanie, socjalizację swoich członków. Często, osoby nawet faktycznie wykluczone z sekty żyją całymi latami w poczuciu winy niejako naznaczone odebraną formacją, próbując na własny użytek realizować zalecenia sekty (chyba, że ratują się konwersją do innej grupy religijnej).

Sekty są złe

Powiada się, że sekty to zło, przedstawia się je często we wręcz demonicznych kategoriach. Zło to może wypływać albo z tego, co sektom wszystkim wspólne – z samego bycia sektą, albo też z podejmowania przez sektę jakiejś specyficznej działalności, która ją odróżnia od innych sekt i kościołów. W tym drugim przypadku moglibyśmy mówić tylko o konkretnych sektach i o konkretnych przestępstwach, które rzeczywiście mają miejsce. To zadanie zostawiam jednak kryminologom i funkcjonariuszom prawa. Mnie interesuje pierwszy aspekt. Na czym polega zło sekty jako formy organizacji religijnej. Sekty (jako takie) mogą być albo złe dla ich członków, dla społeczeństwa albo dla Kościoła. Przyjrzyjmy się tym trzem możliwościom.

Sekty są złe dla społeczeństwa. Jednym z najczęściej przytaczanych zarzutów jest, że sekty są złe, gdyż wyrywają jednostki ze społeczeństwa i z rodzin. Zarzut ten jest celny, gdyż kontestacja społeczeństwa (a przynajmniej jego aktualnej formy) jest istotną cechą sekty i muszą one tak czynić o ile chcą pozostać sektami, a nie przekształcić się w denominację czy kościół.

Rzeczywiście, sekty bardzo często nauczają, że „nie należy słuchać ojców i nauczycieli, a raczej im tylko trzeba wierzyć; że tamci są głupcami i szaleńcami; że nie mogą dostrzec ani zrobić nic naprawdę szlachetnego, zajęci próżnymi głupstwami, a tylko oni jedni wiedzą, jak należy żyć; że jeśli uwierzą ich słowom, będą szczęśliwi sami i ich bliscy. A jeśli mówiąc to [apostołowie sekt] zobaczą, że zbliża się któryś z nauczycieli (…) albo sam ojciec rodziny, jedni – lękliwi uciekają w popłochu, drudzy zaś – zuchwali podburzają dzieci do buntu, szepcą im do ucha, że w obecności ojca lub nauczycieli nie będą mogli ani chcieli wyjaśnić tych wszystkich wspaniałości, że wzbudza w nich odrazę głupota i okrucieństwo tych zdemoralizowanych ludzi, pełnych najgorszej niegodziwości i kroczących drogą występku, którzy by ich na pewno ukarali; ale jeśli chcą się czegoś nauczyć, niechaj porzucą rodziców i nauczycieli i idą z” nimi na takie, czy inne zebranie „a tam osiągną doskonałość”. Powyższego cytatu nie zaczerpnąłem z żadnego katolickiego pisma. Słowa te napisał kilkanaście wieków temu pogański intelektualista, a adresatami tych zarzutów byli pierwsi chrześcijanie. W ich obronie wystąpił młody Orygenes, a jego argumenty, do pewnego stopnia, stosują się również do dzisiejszej sytuacji. Po pierwsze, nie zaprzecza, że chrześcijańscy nauczyciele wiary odciągają młodzież od rodzin i nauczycieli, zadaje jedynie pytanie: „kim jest ów mądry ojciec, kim są owi nauczyciele cnoty, od których odciągamy dzieci i kobiety(…)? Kim są owi nauczyciele, których uważamy za głupców i szaleńców, a których Celsus bierze w obronę, jak gdyby nauczali doskonałości?” Pozycja „na zewnątrz” cesarstwa pozwoliła chrześcijanom sprzed tzw. edyktu mediolańskiego zająć względem społeczeństwa postawę krytyczną, a czasami nawet wręcz profetyczną. A jak jest dzisiaj? Jakże trudno chrześcijanom będącym w większości, stanowiącym masę, spojrzeć krytycznie na społeczeństwo, własne rodziny. A czy są one tak idealne? Kościół zawsze bronił rodziny jako instytucji, ale to nie może przesłaniać faktu, że w konkretnej epoce instytucja ta może funkcjonować źle, mówiąc ostrzej, że może wyrządzać więcej szkód niż pożytku, że wyciągnięcie dziecka spod wpływu despotycznego ojca czy rozhisteryzowanej matki może być korzystniejsze dla dziecka. Nie mówię, że takie są wszystkie rodziny, czy nawet większość (choć kilka miesięcy, które swego czasu przepracowałem w szkole podstawowej nastraja mnie raczej pesymistycznie), ale sądzę, że warto się nad tym problemem zastanowić właśnie w kontekście młodzieży trafiającej do sekt. Problem ten wymaga naturalnie szerszych badań empirycznych, ale już od dawna socjologowie wiążą dzisiejszą popularność sekt z kryzysem ojcostwa i autorytetów.

Przechodząc od poziomu rodziny, do poziomu społeczeństwa, narodu, należy zadać sobie pytanie, czy rzeczywiście dzisiejsza kultura europejska jest tak idealna, aby wszelka jej krytyka była nieracjonalną? Nie ma miejsca na dokładną analizę dzisiejszej sytuacji z punktu widzenia duchowych potrzeb człowieka, w imieniu Kościoła katolickiego profetyczną krytykę współczesności prowadzi Jan Paweł II, za co jest ceniony nawet przez niekatolików. Z pozycji ponadwyznaniowych, może nawet bardziej radykalną krytykę prowadzi Erich Fromm, którego trudno posadzić o sekciarstwo. Założenia naukowej krytyki rzeczywistości społecznej jak przedstawił w swej pracy Zdrowe społeczeństwo, a które wcześniej zastosował do religii i etyki, wydają się nie tracić niczego na aktualności (wykazują przy tym sporą zbieżność z podejściem katolickich etyków opierających się na koncepcji prawa naturalnego). Generalnie trudno uznać dzisiejszą kulturę za nakierowaną na głębsze wartości duchowe. Sekty pozostają jednak nie tylko znakiem profetycznym mówiącym, że nasz świat nie jest jeszcze prawdziwie humanistyczny, ale stanowią dla konkretnych ludzi także pewne nonkonformistyczne rozwiązanie, mimo wszystko chyba lepsze od terroryzmu.

Z drugiej strony, co może wydać się paradoksalne, sekty doskonale wyrażają charakter dzisiejszego społeczeństwa. Zauważył to już w XIX wieku Herbert Spencer. Jego zdaniem sekty zawsze reprezentowały ducha niezależności od władzy (kościelnej i świeckiej), afirmowały osobisty wybór i osąd jednostki. Stwierdza, że kraje, które cechuje wzrost industrializmu (przez który rozumie on typ pokojowej i opartej na dobrowolnym współdziałaniu organizacji społecznej), cechuje jednocześnie wzrost odstępstw od kościoła panującego, a co za tym idzie rozwój licznych sekt.

Rzeczywiście, gdy w dziedzinie polityki głosi się zasady demokracji, odpowiedzialnego współuczestnictwa, wolnego i osobistego wyboru przedstawicieli, gdy w gospodarce rozgłasza się wszem i wobec, że jedyną możliwą drogą jest kapitalizm, czyli ustrój oparty na dobrowolnych umowach między pracodawcą i pracobiorcą, gdy mówiąc słowami Platona w kulturze, gdzie hasło wolności rozbrzmiewa po wszystkich kątach czy można się dziwić, że ludzie również religię biorą we własne ręce? Z tego punktu widzenia sekty są po prostu kolejnymi organizacjami pozarządowymi (Non-Government Organizations), takimi, jak Stowarzyszenie Przyjaźni Polsko-Arabskiej, czy Klub Hodowców Żółwi Czerwonolicych. Czy koniecznie muszą być gorsze tylko dlatego, że rozwijają zainteresowania religijne swych członków?

Ale ktoś powie: Sekty są złe dla samych członków sekt. Sekty (jako takie) wpajają swoim wyznawcom zasady, które często dalekie są od racjonalności. Narzucają im rygorystyczną dyscyplinę moralną, rytualną oraz społeczną (posłuszeństwo). Wiele z nich praktykuje wspólnotę własności. Wszystko to może wydawać się wysoce szkodliwe, ale… ze świeckiego punktu widzenia, który domaga się racjonalności, użyteczności oraz nieskrępowanej wolności. Takich zarzutów nie ma jednak prawa stawiać chrześcijanin, którego nie wszystkie bynajmniej wierzenia cechują się pełną racjonalnością (i dla którego zresztą taka pełna racjonalność nie jest ideałem), dla którego użyteczność ani wolność nie są wartościami absolutnymi lecz instrumentalnymi.

Twierdzi się, że ludzie odchodzą od chrześcijaństwa bo stawia ono wymagania, że idą do sekt, a tam otrzymują łatwe odpowiedzi na wszelkie pytania.

Czy rzeczywiście są to „łatwe” odpowiedzi? Niewątpliwie teologia wielu sekt nie grzeszy wyrafinowaniem, ale nie grzeszyła nim także teologia pierwszych chrześcijan. O „łatwości” wymogów moralnych już mówiliśmy. Jednak ujmując zjawisko w kategoriach: „łatwe” i „trudne” pomijamy rdzeń problemu. Prostota doktrynalna sekt zdaje się bowiem iść w parze z efektywnością tej doktryny. Najsubtelniejsza, najbardziej racjonalna, spójna i głęboka teologia może pozostać całkowicie nieefektywna, jeśli nie są spełnione inne warunki – gdy grupa religijna nie wypracuje skutecznych technik socjalizacji i rytuałów, dzięki którym doktryna jest „wpisywana” w świadomość i nieświadomość swych członków, ale przede wszystkim – gdy nie ma społecznego nacisku na wierność ortodoksji i ortopraksji (poprawnego działania). To ten społeczny nacisk stanowi o sile moralnej sekt. Od początku chrześcijaństwa rozumieli to założyciele zakonów uciekający od świata by tworzyć silnie zdyscyplinowane wspólnoty, gotowe wywierać nacisk na swych członków i w ten sposób wspierać ich rozwój.

Twierdzi się, że sekty dają poczucie bezpieczeństwa i wspólnoty, sekty zaspokajają albo udają że zaspokajają tylko jakieś niskie potrzeby człowieka. Generalnie przystąpienie do sekty jest aktem ucieczki od wolności. Ileż pychy i pogardy dla człowieczeństwa w takim ujęciu!

Ale pomijając to, twierdzenia te są oparte na filozoficznej antropologii nieco oderwanej od rzeczywistości. Zakłada się, że człowiek jest wolny z natury, i z tego słusznego twierdzenia wyprowadza się wniosek, że człowiek się wolnym rodzi. Nie ma tu miejsca na dojrzewanie do wolności, na uczenie się jej – jesteś człowiekiem?, masz obowiązek być wolny, nawet jeśli masz trzynaście lat. Tymczasem – zanim Izrael stał się wolnym narodem, musiał przejść przez rygorystyczną szkołę pustyni, której esencję w postaci Tory zabrał ze sobą do kraju mleka i miodu. Również Hegel w swej filozofii wolności zakłada, że zanim wolność zjednoczy się z naturą, ta ostatnia musi przejść przez bramę prawa i moralności, które jako zewnętrzne względem jednostki jawią się jej jako niewola, choć w rzeczywistości wyrażają wolność ducha.

Popularność różnych autokratycznych guru, moim zdaniem, wiąże się nie tylko z kryzysem ojcostwa, ale z prostym faktem niezwykłej skuteczności osobowego, charyzmatycznego przewodnictwa duchowego. Instytucję taką posiada np. buddyzm zen, autorytet tego typu spotykamy w sufizmie, w jodze czy w hasydyzmie. Autorytet oparty na kompetencji, osobistym doświadczeniu funkcjonował nie tylko w religii, ale także w rzemiośle, gdzie od dawien dawna był uczeń, czeladnik i mistrz. Stosunki te przeszły również do nauki wszelkich umiejętności wymagających wyjątkowo intensywnego szkolenia dostosowanego ściśle do osobowości ucznia i obowiązywały także na uniwersytecie do momentu likwidacji instytucji asystenta i przekształcenia tego etapu naukowego terminowania w studia doktoranckie. Popularność korepetycji w dobie formalnie bezpłatnej edukacji może stanowić kolejny dowód. To czego szukają młodzi w sektach nie koniecznie musi być tylko realizacją jakichś niskich potrzeb.

Ludzie Kościoła zadają pytanie, dlaczego młodzi szukają w sektach tego, co, jak się pytającym wydaje, mogliby znaleźć w Kościele? Sekty jawią się zatem nie tylko jako wyzwanie, ale jako zagrożenie dla Kościoła, bądź pewnych dziedzin jego działalności.

Czy jednak rzeczywiście Kościół stanowi dla owych guru realną konkurencję?

Pierwsza odpowiedź wypływa z tego, co powiedzieliśmy: duszpasterstwo masowe, na które Kościół w Polsce nadal stawia jest mało efektywne jeśli chodzi o rozwój duchowy i etyczny. Ze względu na samą (formalną) liczebność parafii, a także na kwalifikacje kapłanów. Nie chodzi o to, że są one za niskie, ale o to, że są one innego rodzaju. Autorytet kapłana w socjologii religii jest zaliczany do typu tradycyjnego lub urzędowego, podczas gdy guru posiada autorytet typu charyzmatycznego. Kapłanem zostaje się nie dlatego, że przeżyło się pewne osobiste doświadczenia duchowe, ma się za sobą przebytą pewną drogę, po której teraz można prowadzić innych, kapłanem nie zostaje się dlatego, że jest się już dojrzałym człowiekiem (choć to wszystko może być dobrze widziane). Przyjmowanie do seminariów chłopców po maturze w pełni potwierdza tezę, że kapłan ma być przede wszystkim lojalnym funkcjonariuszem instytucji, pomocnikiem biskupa, a nie „wirtuozem religijnym”(Weber). Nie twierdzę, że to jest złe, chodzi o to, że kapłan nie stanowi alternatywy dla guru, gdyż stanowi zupełnie inny socjologiczny typ autorytetu religijnego.

Tutaj również tkwi siła sekt, w których osobiste kwalifikacje są warunkiem pełnienia takiej czy innej funkcji. Ktoś może powiedzieć, że władza guru w sekcie jest autorytatywna. Samo to jednak nie oznacza, że jest to władza szkodliwa. Nawet Erich Fromm, którego trudno posądzić o sprzyjanie autorytaryzmowi uznaje korzyść płynącą z osobowego autorytetu opartego na wyższości kompetencji.

W Kościele naturalnie pojawiają się również autorytety charyzmatyczne, oparte na osobistych kompetencjach duchowych, ale, niestety przypadkowo. Często muszą przy tym przezwyciężać opory autorytetów urzędowych. Wydaje się, że brak jakiejś stałej instytucji typu charyzmatycznego, jaką w prawosławiu byli „starcy”, o których możemy przeczytać u Dostojewskiego. W katolicyzmie najczęstszym miejscem, gdzie przejawia się autorytet charyzmatyczny są chyba mimo wszystko zakony, ale znowu, częściej jest mowa o charyzmacie zakonu niż jednostek pełniących określoną funkcję. Zdarzają się czasem wyjątkowi spowiednicy, o których ludzie potem wypytują i wyglądają w konfesjonałach, ale wszystko to dzieje się jakby mimochodem, na drugim planie.

W odpowiedzi na wyzwanie sekt pojawił się postulat tworzenia wspólnot i rzeczywiście bardzo wiele takich powstało. Jak wyżej staraliśmy się wykazać, potrzeba wspólnotowości nie jest jednak główną potrzebą skłaniającą ludzi do wstępowania do sekt (choć może być istotnym czynnikiem skłaniającym do pozostawania w sekcie), wspólnoty jako takie nie zaspokajają bowiem potrzeby zindywidualizowanego prowadzenia w rozwoju duchowym a jedynie wzmacniają jego skuteczność. Na ich czele stają ludzie, którzy górują nad innymi talentami organizacyjnymi, nie zawsze doświadczeniem duchowym.

Powyższe rozważania pozwalają dokonać jeszcze jednego ważnego rozróżnienia. Otóż często zwykło się do jednego worka wrzucać sekty z New Age. Jest to podobne niezrozumienie, jakie ma miejsce, gdy do jednego worka - ruchy „heretyckie” z II wieku wrzucamy gnostyków oraz montanistów. Tymczasem istnieje podstawowa różnica: gnostycy wyrażali mentalność za bardzo postępową jak na tolerancję ówczesnego Kościoła, natomiast montaniści przeciwnie – byli za mało postępowi i sztywno trzymali się pierwotnych – rewolucyjnych i demokratycznych pozycji chrześcijaństwa. Podobnie sekty wyrażają przeciwną tendencję do New Age (mimo podobieństwa w doktrynie) – stanowią religie zamknięte, stojące na stanowisku wyłączności własnej prawdy, podczas gdy New Age jest aż za bardzo otwarte na wszystkie możliwe ezoteryczne tradycje. Sekty jawią się jako negatywna reakcja na prąd cywilizacyjny, który zrodził New Age (który umownie możemy określić jako globalizacja), pomimo tego, że same się tym ostatnim karmią.

Wielu oczekiwałoby od socjologii religii cudownej recepty na problem sekt. Pragnęliby jego definitywnego rozwiązania, tzn., aby najlepiej wszystkie sekty znikły. Osobom tym marzy się powrót Kościoła katolickiego do pozycji religijnego monopolisty. Warto im przypomnieć zdanie znanego socjologa religii Petera L. Bergera, który daje naukową receptę jak doprowadzić do takiego stanu rzeczy: należy mianowicie odwrócić kierunek procesu modernizacji, przywrócić społeczeństwom charakter przedindustrialny, a jest to „cel tak niemożliwy do osiągnięcia, jak nic innego w historii.”

Ktoś zapyta, po co to wszystko piszę. Nie jest moim celem zachęcanie kogokolwiek do wstępowania do sekt. Moim celem było oddemonizowanie tematu sekt, co miałem nadzieję uzyskać przy pomocy perspektywy socjologicznej. Nie zamierzam bronić żadnych rzeczywistych nadużyć popełnianych przez członków sekt, ale ich tropienie pozostawiam policji i funkcjonariuszom tzw. opinii publicznej. Uważam, że takie oddemonizowanie jest niezbędne, aby dostrzec w sektach nie tyle szatańską uzurpację co kandydatów do dialogu międzyreligijnego. O ile żydów zwykło się określać w stosunku do chrześcijaństwa jako starszych braci w wierze, to można spojrzeć na sekty jako na młodszych braci i siostry w wierze.

Literatura przywoływana w tekście

Zwięzłą prezentację koncepcji sekt i kościołów Webera znajdzie czytelnik w: Kehrer, Gunter Wprowadzenie do socjologii religii. Kraków 1996. Religię z punktu widzenia teorii systemów analizował Luhmann, Niklas Funkcja religii Kraków 1998. Wypowiedź Celsusa w: Orygenes Przeciw Celsusowi, III, 55-58, Warszawa 1986. Sekty jako wyraz społeczeństwa industrialnego ujmuje Herbert Spencer w pracy Instytucje kościelne, Warszawa 1891. Koncepcję autorytetu urzędowego i charyzmatycznego stosuje Weber np. w pracy Stany, klasy a religia w: Weber, Max Szkice z socjologii religii Warszawa 1984, omówienie z nieco innej perspektywy znajduje się również w: Wach, Joachim Socjologia religii Warszawa 1961. Erich Fromm o racjonalnym autorytecie m.in. w: Man for himself. An Inquiry into the Psychology of Ethics. New York 1966 (pol. Niech się stanie człowiek. Z psychologii etyki. Warszawa - Wrocław 1999 oraz w: Priest and profets w: On Disobedience and other esseys, New York 1981. Wypowiedź Bergera: Berger, Peter L. Święty baldachim Kraków 1997, s.178.

camillos tue, 27 Października 2015 roku, godz.1106